czwartek, 23 kwietnia 2015

9. Lass dich zu mir treiben

- Bill - szepnęłam stając za jego plecami.
Gwałtownie się poderwał, jak wyrwany z transu.
 - Co ty tutaj robisz ? Miałeś być w LA - nie rozumiałam skąd się tutaj wziął, przecież widziałam jak odjeżdża i odchodzi znów z naszego życia. 
- i byłem - odparł po prostu jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie - ale musiałem ją zobaczyć.- wzrok mu złagodniał gdy patrzył na Lare. -  Wszystko w porządku prawda ? - nadal patrzył na mnie tylko na nią. 
- na razie tak - wyjąkałam i wtedy się odwrócił. Wiedziałam co zobaczy, ale mimo wszystko troche zrobiło mi się wstyd. 
Zobaczył zmorę, która od kilku dni nie spała, w rozczochranych włosach i rozmazanym makijażu.
Zamilkł na chwilę. Chłop się na bank przestraszył, pewnie już myśli jak odsunąć Larkę od potwora, któy stoi obok. 
- a czy z tobą wszystko ok ? - spytał podejrzliwie.
- nic mi nie jest - odparłam gdy się do mnie zbliżył.
- wyglądasz źle - podsumował
- przepraszam - spuściłąm głowę - byłam zmęczona, smutna, kumulowało się we mnie tyle emocji. Nie mogłam już tego wytrzymać. 
- za co ? - zaśmiał się. 
Kochałam jego uśmiech, jego piękne, śmiejące się, czekoladowe oczy... jego.
Może nadszedł czas żeby mu to powiedzieć ?
- Bill... ja ... chciałabym ... wiem że ..to może głupio zabrzmi... ale..- zaczęłam się plątać.
- co jest ? -przerwał mi 
- po prostu ... - zatkało mnie.
Dlaczego ?
- wróć do mnie ! - powiedział nagle przerywając moją niezbyt spójną próbę wypowiedzenia słów - kocham cię i malutką też. Chce się wami opiekować. Być przy was...
- ja .. chce z tobą być - wydukałam tylko. 
- bądźmy - podsumował a potem mnie do siebie przyciągnął i pocałował.
Oderwaliśmy się od siebie kiedy Lara zaczęła domagać się uwagi. Wyciągała do nas rączki.

- jak wszystko się przyjmie to pojedziemy do LA, kupiłem duży dom. - opowiadał Bill entuzjastycznie , Lara siedziała w łóżeczku i bacznie go obserwowała. 
- nie chce nic mówić, ale czeka ją tutaj długa rehabilitacja - to wszystko zdawało się być proste, ale wcale takim nie było. 
- W Ameryce przejdzie ją szybciej. Tam jest lepiej, tam mają inne technologie, inny czas oczekiwania na zabiegi, inne maszyny.  W Ameryce wszystko jest lepsze, zobaczysz spodoba wam się.
- ja chyba wole żebyśmy zostali tutaj, lubię ten kraj.
- kochanie, tam czeka na nią lepsza przyszłość nie tylko medyczna ale i edukacyjna, dla nas również
- bo co ! bo akurat dostajesz tam prace ! - ofuknełam go
-tak, będzie kasa, mała będzie mogła się uczyć... ty też jeśli chcesz, to dobra perspektywa.
- twoja kasa ! - poprawiłam go, już raz obyliśmy rozmowę na temat pieniędzy, wtedy dawał mi ją na coś zupełnie innego. 
- ehh...moje .. twoje ...zróbmy tak ... - nagle ukląkł przede mną i z kieszeni kurtki skórzanej wyjął pudełeczko z pierścionkiem. SWAROVSKI...omg. Skąd on wziął pierścionek ! W szpitalu ! Swoją drogą niesamowicie romantyczna chwila, ja ubrana jak menel, w szpitalu, w sali chorej córki. 
- wyjdź za mnie ... - czy Bill właśnie daje mi pierścionek z brylantem ??
- je..st śliczny - wyjąkałam
- prosto z Hollywood - uśmiechnął się " Bogaty dupek " słowa Edda
- ale..ja... - zaczęłam znowu myśleć , nie potrzebnie, znowu chciałam wszystko analizować, a może właśnie tą decyzje powinnam podjąć pod wpływem chwili. -  TAK .. wyjdę za ciebie - zgodziłam się... - z jednej strony byłam przeogromnie szczęśliwa ..ale z drugiej trochę się bałam, skąd ta nagła zmiana... ?
- Witam państwa, przykro mi że przeszkadzam w takiej chwili, - lekarz, zupełnie inny niż ten który prowadził chorobę Lary  lekko odchrząknął z zażenowaniem -  ale muszę wziąć ją na badania. podszedł do łóżeczka i jedną ręką podniósł Larkę. Zachwiała mu się na ręce, a ja wyskoczyłam do przodu żeby ją złapać. Bill mnie powstrzymał i zwrócił się do lekarza.
- mógłby pan uważać, to malutkie dziecko, a nie szczur doświadczalny.
- proszę pana, to ja tu jestem lekarzem, nic jej nie jest. Proszę tu zaczekać- wyszedł.
Chodziłam po salce cała w nerwach, nie wiedziałam gdzie się podział nasz ulubiony lekarz, może ma teraz ważniejszych pacjentów albo operacje. 
- Bianko, to nic nie da uspokój się - tylko wypowiedział te słowa, a usłyszeliśmy wrzask mojej malutkiej córeczki- jasna cholera !- wybiegliśmy z sali
- Bill, dokąd on ją zabrał - bezradnie wybuchłam płaczem, bałam się o moje ukochane dziecko. 
- kochanie, zaczekaj tutaj ok ? - i gdzieś polazł - chce wypisać córkę na żądanie - usłyszałam po chwili  jego głos i poszłam w tamtym kierunku. Trzymał ją... wyciągnęłam do niej ręce, jak bym była chora psychicznie ( może trochę i byłam ). Podał mi ją z łagodnym uśmiechem.
- moja maleńka - wtuliłam ją w siebie i ucałowałam w główkę.
- szybciej no ! - ponaglał pielęgniarkę a malutka się rozpłakała - chce jeść ?? - spytał 
- ona raczej domaga się swojego smoczka- wróciłam się z nią na sale, podałam smoczka i ponownie przyszłam do Billa ze spokojnym już dzieckiem. Bill miał już wypis.
- ubierajcie się - powiedział - jutro w południe powinniśmy dotrzeć do kliniki w Los Angeles, tam będzie lepiej - po niedługim czasie wepchną nas do swojego r8 ( cholera, ile on ma samochodów)
- Bill zwariowałeś !! ? - odzyskałam mowę - a jak coś się jej idioto stanie !!!
- kotku, uspokój się - usiadł za kierownicą - jestem jej biologicznym ojcem, przeszczep musiał się przyjąć, nie ma innej opcji - był tak pewny tego co mówi że nie miałam już pytań.

W samolocie objęłam córkę i wtuliłam głowę w jej ciepłe ciało. 
Tak wysoko...
- wszystko ok ? - dotknął moje ramienia, a ja podskoczyłam jak oparzona - Bianko ?
- ja.. Bill - wtuliłam się w niego
- pierwszy raz lecisz ?
- tak 
- oj trzeba było od razu - mocno mnie przytulił - Prześpij się - nie trzeba mi było dwa razy powtarzać.. zamknęłam oczy i odleciałam...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz